niedziela, 7 czerwca 2015

Kto to jest Petroniusz, Czerny, Mały i czemu dzięki nim łatwiej nam było lub nie... ruszyć na trasę

Długo oczekiwany pociąg wtoczył się na stację, my wtoczyliśmy się do niego i wspólnie ruszyliśmy,

Trasa daleka, ale będzie przynajmniej czas odpocząć.
Do Poznania czas w pociągu upływał spokojnie. Wybraliśmy ten dzień tylko dlatego, że tak pasowało nam w pracy. Nie miało dla nas znaczenia, że był to Dzień Seksu i Dzień Chemika i imieniny obchodzą wtedy właśnie: Robert, Wiesława oraz Anna, Antoni, Jarosław, Jeremiasz, Jeremi, Lukrecja, Meriadek, Meriadok, Paweł, Piotr, Roberta, Sabinian, Teresa, Wiesław, Wisław...


Nie czytaliśmy wcześniej doniesień prasowych co może nas spotkać w Poznaniu, ale wsiadając do pociągu już powinniśmy wiedzieć co tam na nas czeka. 
Na stacji Poznań Główny przez pociąg przewaliły się grupki kibiców niedobitków, którzy o tej porze byli na tyle trzeźwi, by jeszcze utrzymywać się na nogach i na tyle odważni, by od czasu do czasu przez uchylone okno krzyknąć coś w stronę Policjantów i SOK'istów po czym uciec.

Akurat w ten dzień musieliśmy jechać przez Poznań...
Pociąg w Poznaniu stał i stał. O ile na dworcu Warszawa Centralna stał tylko 15 minut to w Poznaniu czekaliśmy (nie wiadomo na co) aż 57. Dzięki temu musieliśmy mieć ciągłe baczenie na rowery i bagaż i "w nagrodę" dostaliśmy do naszego pustego dotąd przedziału trzech dodatkowych i zupełnie nam niepotrzebnych towarzyszy podróży. Ich wygląd i brak rowerów (jechaliśmy w przedziale dla podróżnych z rowerami i to gwarantowało nam do tej pory wyłączność na przedział) gwarantował masę rozrywki, aż do Szczecina.
Dosiedli się do nas z polecenia konduktora Czerny, Mały i jeszcze jeden osobnik, którego imię nie ma zupełnie znaczenia. Wydarzenia

Nasi nowi towarzysze podróży podobno byli z Działdowa, ale zapewne mieli sporo kolegów we Wronkach.
Trzy wspólnie spędzone godziny wyczerpały nas bardziej niż czekająca nas trasa zaplanowana na pierwszy dzień. Czerny - szef bandy, trzymał ekipę w garści i nadawał ton swojemu towarzystwu. Wyprawę nocą po jedzenie, na dworzec podczas postoju pociągu i spożywanie zapasów złotego płynu zgromadzonego w torbach jakoś przetrwaliśmy. Wytrzymaliśmy też rozmowy przez komórkę na cały przedział, choć momentami brzmiały one jak dialogi z argentyńskich superprodukcji.
Kulminacją był moment, w którym podczas snu Małego zaatakowały jakieś niewidoczne na nas stwory. Wystraszony Mały zaczął układać się na siedzeniu wtulając w swego kompana co nie spotkało się z jego akceptacją.
Na szczęście robiło się już jasno i rychły cel podróży naszych towarzyszy cieszył nas i zbliżał się wraz z nadzieją jeszcze na chwilę odpoczynku.

Może nie wypoczęci, ale zdeterminowani startujemy.
Na naszej stacji docelowej nie musieliśmy się spieszyć z wysiadką bo pociąg już dalej nie pojedzie. Niestety podczas rozładunku okazało się, że coś jest nie tak z Petroniuszem. Na peronie po rozładowaniu wagonu zauważyliśmy, że w jednym z kół Petroniusza nie ma po prostu powietrza. Bez kluczy i zapasowej dętki nasz wyjazd mógł się trochę przesunąć w czasie. Na szczęście z awarią poradziła sobie pompka więc mogliśmy ruszać.
(Prawdopodobnie łódzko/warszawskie powietrze z koła Petroniusza było potrzebne, nie wiadomo do czego, poznańskim kibolom.)

Uzdrowiony Petroniusz w miejscu startu ostrego.
Trochę chcieliśmy pokręcić się jeszcze po Świnoujściu, tak żeby zacząć od granicy państwa i zobaczyć co nieco. Zwiedzanie przeciągnęło się po czym przekształciło w śniadanie, bo trudno było nam po nocy w "Dzień Seksu" ruszyć z kopyta na wschód.

Żeby nie zanudzać czasem przejdziemy na formę fotoblogu dodając tylko niezbędne informacje w podpisie.
Maciek z Petroniuszem na promie.

Mateusz ze Scott'em i Petroniuszem na promie.

Granica

Granica

Chwila na plaży

Jeszcze jedna

Pogoda nie wróżyła dobrze.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz